Łatka (zm. 02. 2004)

| Zamknij okno |


Chociaż od ostatecznego rozstania z Łacią upłynęły już dwa miesiące, łapię się na tym, że witam ją po powrocie z pracy. Ta bardzo spokojna, zrównoważona koteczka przewodziła mojej małej kociej mafii. Jest taki zwyczaj, że moje koty tzn. Łatka, Mruk, Tosiek i Pyza oczekują przy drzwiach a ja głośno wymieniam ich imiona po wejściu do mieszkania i w ten sposób się witamy. Bardzo trudno przyzwyczaić się do tego, że jej już nie ma z nami.
Łacia nigdy nie była kotką "kolanową" i bardzo nie lubiła brania na ręce, ale za to uwielbiała kłaść się koło mnie i odbierać "głaski", a było co głaskać bo gabaryty miała słuszne. Kochała jedzenie, szczególnie surową wołowinę a zadowolenie demonstrowała robiąc "wiewiórkę" tzn. układając ogonek płasko na grzbiecie. Była jedyną znaną mi kotką, która potrafiła robić taką sztuczkę. Przed rokiem Łatka nagle straciła swój wielki apetyt - przeprowadzone badania krwi i moczu obwieściły straszną chorobę - mocznicę, a wyniki były więcej niż fatalne. Miesiąc życia, tyle pozostało mojej kochanej grubasce według lekarzy. Postanowiłam, że przez ten krótki czas pozwolę jej żyć tak jak najbardziej lubiła. Jadła swoje smakołyki, wylegiwała się na moim łóżku a czas mijał, mijał i tak udało się jej przeżyć prawie cały rok. Odeszła od nas cichutko w ciągu jednego dnia i na pewno powędrowała do kociego nieba, aby tam nadzorować jakąś kocią mafię, tak jak do tej pory moją "ursuską".
Mruk, Tosiek, Pyza i oczywiście ja jesteśmy pewni, że kiedyś spotkamy się z nią tam "na górze".
Grażyna